Rzeczy ważne

Czasem chciałabym tak złapać wenę za skrzydła i rąbnąć takim tekstem, że każdy czytający zapomniałby, że mu stygnie kawa na ławie.
Tak napisać siarczyście, tak mocno i tak mądrze.
Tak piznąć z całych mózgowych sił, żeby mi i innym wyprostowały się rzęsy.
Żeby być z siebie dumnym, że jakoś to idzie, że ma to sens.

A tu dupa.

Tak by się chciało być jakąś pisarko-blogerko-bóg-wie-kim. Jakieś niespełnione marzenia dzieciństwa czy co. A cholera wie, ale chciałoby się. I tyle.

Weno przyjdź!

Patrzę na niedzielną krzątaninę i szukam inspiracji. Taki piękny dzień, dzieci się bawią. Ja lekko jeszcze zmulona pobudką o 6.30 sączę kawę. Z mlekiem. Piana zostaje mi na ustach, oblizuję, przymykam oczy i zastanawiam się.
No ni cholery. Zero weny, zero polotu, zero tematów. Chciałabym tak bardzo, ale nic z tego. Mózgu nie przeszczepisz…. Szlag by to…

– Mamo zrobimy ziemniaczkowe ludziki? – pyta Lena targając jedną z książek pod tytułem „zrób to sam, nie zapomnij zamęczyć rodziców”
– Tak, tak, ziemniaczkowe ludziki – krzyczy Tymek jeszcze nieświadomy co go czeka.
– Dobra, zróbmy je – mamroczę pod nosem, załamana brakiem swojej twórczej wyobraźni.
– Jeee, uuuu, aaaaa – dom wypełniają okrzyki radości.

Targamy na stół ziemniaki, kolorowy papier, mazaki. Tata przynosi nam z dworu pęk gałęzi na ręce dla ziemniaczanych ludzików.
Na co mi pęk gałęzi na raptem cztery ręce? Dobra, przemilczę ten drobny szczegół, bo wyjdzie że się czepiam. No czepiam się czasem, kurde, kto się nie czepia. Tak mam.

Ziemniaki gotowe, z wiankami na głowie, z koroną. Uśmiechnięte stoją i patrzą. Dobra, nie patrzcie już tak na mnie…

A ja dalej nic, pustka wszechogarniająca, tylko mi w głowie czekolada z orzechami laskowymi, dużymi, nie tłuczonymi i frytki. Tak jakoś mnie naszło, ale temat na pisanie z deka żaden…

– Mamo jestem głodna. Mogę tosta? – pada z sali
– No jasne – mówię i już robię jakieś drugie śniadania, serek, tost, szynka, ser, coś się kręci.

A weny wciaż brak. Boże jaka ja jestem nudna! Im bardziej się zamęczam, tym bardziej się o tym przekonuję. Ludzie piszą przecież o wszystkim, o kanapce z tuńczykiem, o karmieniu piersią, o kupie dzieci, o spadających cholernych liściach i rudości kasztanów, o hipermodnym bladoniebieskim płaszczyku na zimę, o erozji gleb.
Nosz kurde, dlaczego nie ja!!!

Niedziela płynie dalej. Dzieci biegają po dworze. Mieszają jarzębinę i piaskiem. Podobno ma to być zupa dla ptaków. Trzeba narwać liści, wymemłać je w kałuży, uwalić rękawy polarów. Dodać piach i zeschnięte pelargonie. Nawet wygląda smacznie.
Starają się, ma smakować ptakom. Podjarani na maksa mieszają patykami.
Ręce lodowate, ale pozwalam im, bo widzę te emocje, ten wysiłek.

Tymek wciąż doprawia miksturę dla ptactwa. Coś czuję, że zaraz pójdzie do kuchni po przyprawy, bo wczuł się w temat jak Masterchef! Normalnie dostał wypieków na twarzy. Dzieciaki stawiają przy bramie wjazdowej polewkę, ma skusić ptaki. Jest kolorowa. Cieszą się. Banany na twarzach, ekscytacja.
Aż i mnie przeszedł dreszcz po plecach na widok ich radości.

Wrócą za jakiś czas sprawdzić czy wszystko zjedzone.

Zarzuciłam już wysiłki w poszukiwaniu ambitnych tematów na bloga, widocznie to nie dla mnie, skupię się na wystawieniu buzi do słońca. Pisarki to ze mnie nie będzie, no chyba że chciałabym sobie przyczepić tygodniowe menu na lodówce, to wtedy proszę bardzo – mogę nawet sama wybrać czcionkę. Wow! Po prostu torpeda.
No nieee, jeszcze lista zakupów. To też będzie mój pisarski wyczyn. Hit Empiku. Mozzarella, dynia i tabletki do zmywarki. Chyba zaraz go popełnię, żeby rozładować żal braku innych tematów.
Obserwuję rzeczywistość. Przybiega Lena.

– Mamo, te cholerne mrówki całkowicie zniszczą naszą porzeczkę – rzuca całkiem na luzie.
– Kto tak powiedział? – zastygam lekko, ale udaję, że „cholerne” nie robią na mnie wrażenia. Przecież im bardziej skupiasz się na brzydkich słowach, tym bardziej stają się kuszące dla dzieci… Podobno.
– No tata, a kto! – odpowiada i biegnie dalej.

Po godzinie wracamy do bramy sprawdzić w jakim stanie jest jedzenie dla ptaków przygotowane przez dzieci.
Stoi nietknięte. Ani drgnie. Ani jedna jarzębina nie ruszona, ani mililitr wody nie ubył. Żaden dzięcioł, kruk ani inny wróblopodobny nie chciał spróbować tej znamienitości.

Patrzę na dzieciaki. Smutek. Zwątpienie. Widzę żal i lekkie załamanie. Zaczynam coś mówić, że na pewno przyjdą jeszcze, po prostu teraz nie miały czasu, ble, ble ble. Ale jakoś to ich nie przekonuje. Lekko zgaszone wracają do domu.

Mija mi szybko smutek, który ogarniał mnie całe przedpołudnie dotyczący pustki w mym mózgowiu, braku weny, tematów.
Bo przecież czym jest jakiś głupawy tekścik w porównaniu do życiowych, namacalnych tematów? Czym jest w porównaniu do prawdziwego smutku w oczach dziecka?
Jego rozczarowania… Że ptak nie zjadł wybuchowej mieszanki niezjadliwej dla ptaka, ale przygotowanej właśnie dla niego!
No czy nie mógł się domyślić, że zrobi przykrość dziecku?
Ej no!

Patrzę na ich smutne buzie. Szkoda mi ich!
Chyba sama trochę posiorbię tej mikstury, żeby im miło było.
Ściemnię, że to ptaki. Tak zrobię.

A co!

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rzeczy ważne

  1. hehehehehehe ;). No rzeczywiście, nuda jak cholera 😉 😉 ;). No widzisz, wychodzi na to, że ta „zwykła” codzienność jest lepsza niż super hiper najmodniejszy na świecie kobaltowy płaszczyk (lub amarantowy 😉 ), czy cudowny krem na zmarszczki ;). A fizyki kwantowej czy astronomii i tak nikt nie rozumie i szczerze, mało to przeciętnego Kowalskiego obchodzi ;). Twoje pociechy za to są skarbnicą tematów, nawet jeśli cała niedziela toczy się wokół czarnej polewki dla ptaków 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s