Sprawa kreski

SONY DSC

Posiałam gdzieś dowód osobisty.

Cholera wie gdzie. No całkowicie nie w moim stylu, zaginął, zawieruszył się, wcięło. Amba i tyle. Przeszukałam już wszystkie torebki, spodnie dresowe, szlafroki i schowki w samochodzie.

Jak nie było tak nie ma.

Miesiąc żyłam ze świadomością braku dokumentu. Przyszedł czas, że chciałam coś załatwić w banku – i klops.

– Dowód poproszę

–  Aha, no to do widzenia

Podejrzana o próbę wyłudzenia, odwróciłam się na pięcie, pocałowałam klamkę i poszłam zrobić zdjęcie do nowego dowodu.

Już po przekroczeniu progu zakładu fotograficznego Pani uprzedziła mnie:

– Ale wie pani, że na tych zdjęciach wychodzi się jak z zakładu karnego?

Wzruszyłam ramionami, wywróciłam usta do góry nogami i usiadłam na stołku. Kilka strzałów i gotowe. Patrzę w wyświetlacz aparatu. Pani czeka na moją aprobatę. Nie wiem co mam jej powiedzieć. Na usta ciśnie mi się tylko: „To ja jestem taka brzydka?”

– No lepiej nie będzie – mówi do mnie Pani przybijając gwóźdź do trumny

Akceptuję zdjęcie, kiwam głową na tak, nieszczerze się uśmiecham i czuję piętno tego wyglądu przez kolejne dziesięć lat na nowym, pięknym, gładziutkim dowodzie osobistym.

A ciul.

Są gorsze rzeczy. Przeżyję.

Ze zdjęciami w kieszeni, w pędzie Strusia Pędziwiatra wpadam do Urzędu Miasta. Zaklepuję kolejkę. Jestem druga. Jest dobrze. Szybko wypełniam druk w obawie, że kolejka śmignie za szybko i osoba za mną mnie jeszcze wyprzedzi.

O ja głupia. O ja naiwna. W tym czasie zdążyłabym napisać rozdział książki. A ja się bałam, że nie wyrobię się z wypisaniem jednego świstka.

Zapomniałam, że po przekroczeniu drzwi urzędu przechodzimy w inną czasoprzestrzeń. Tu każdy ma czas, nikt się nie spieszy. Tu światło świeci ciemniej. Tu powietrze stoi w miejscu.

Doczekałam się. Podchodzę do stolika. Pani mnie wita. Siadam. Cieszę się, że to już ja. Nikt mnie nie zdoła stąd wyrzucić. Będę miała dowód osobisty ze zdjęciem jak zza krat, ale co tam. Będę czuła przynależność do narodu, wypełnię pustą lukę w portfelu i jak po pijaku zapomnę jak się nazywam – to ON – mi to uświadomi.

Mój nowy dowód.

Jest mi duszno. Gorąco. Czy w każdym urzędzie jest taki upał? Dobra wytrzymam. Czego się nie robi dla sprawy. Zaciągam się lekko stęchłym od nadmiaru papierów powietrzem.

Pani zadaje mi kilka pytań, wypełniam jeszcze jeden dokument potwierdzający, że zgubiłam stary dowód. Nie chcą ode mnie żadnych pieniędzy, wszystko za darmo. Matko Święta, haj lajf normalnie. Luks!

Pani wklepuje moje dane w komputer.

– Czy dwuczłonowa nazwa miasta, w którym się pani urodziła ma między słowami myślnik?

– Eeee, Eeee – gdakam jak stara kwoka wysiadująca jajo

Pani patrzy na mnie jak na obłąkaną. Chyba powinnam to wiedzieć, nie mam trzech lat. Poważni dorośli wiedzą gdzie się urodzili.

– Chyba nie ma – odpowiadam niepewnie

Pani przygląda mi się niepewnie, z wielką lubością klika i klika. Chyba coś sprawdza.

– Nie ma takiego miasta bez myślnika – uświadamia mi – proszę dopisać myślnik na wniosku – dodaje z wyższością i podsuwa mi kartkę

Oho. Niezła wtopa. Dopisuję myślnik, podkulam ogon. Jestem totalnym gamoniem. Na pewno w oczach Pani urzędniczki.

Pani wklepuje dane dalej.

– O jejku – wzdycha

Robi mi się słabo. Ludzie święci. Zdjęcie sezonu, kreska. Czy może być gorzej?

– Bo wie pani, co? – zagaduje do mnie – Bo od pierwszego marca mamy nowy system komputerowy i on wyłapuje wszystkie nieścisłości. Jeśli cokolwiek dziwnego znajdzie, nie dopuszcza do druku dokumentu – tłumaczy mi

– A co ja mam z tym wspólnego? – pytam bojąc się, że zaraz okaże się że jestem ścigana listem gończym za kradzież wafelka w czekoladzie w wieku siedmiu lat.

– No właśnie okazuje się, że w  mieście, w którym się pani urodziła nadano pani numer pesel. I na tym dokumencie nazwa miasta widnieje bez myślnika, bez kreski. Rozumie pani?

– Nie – mówię skołowana

– No i dopóki pani urzędniczka z miasta pani urodzenia nie dopisze tej kreski w dokumentach, w sensie w naszym nowym systemie komputerowym, to dowód dla pani nie może zostać oddany do druku, taki klops – tłumaczy mi pani z uśmiechem, dumna z siebie, że wykryła jakąś nieścisłość, zupełnie jakby to były nowe taśmy prawdy zmieniające bieg świata

Wzdycham głęboko, przewracam oczami.

Pani z urzędu chętna do pomocy podnosi słuchawkę i dzwoni do mojego miasta urodzenia, tego dwuczłonowego z kreską, co ja myślałam, że jest bez kreski. Przez telefon tłumaczy jak urzędnik urzędnikowi jaka jest sprawa, nadaje trochę tragizmu mówiąc, że dowód jest mi przeokrutnie potrzebny, że bez niego łykam leki antydepresyjne i chcę zmienić płeć, gdyż zatracam tożsamość.

I prosi tę kochanieńką z miasta z kreską, która siedzi po drugiej stronie słuchawki, aby dopisała tę cholerną TYLKO kreskę i zaktualizowała moje dane w zajebistym, nowoczesnym, ułatwiającym komunikację systemie komputerowym. Wtedy pani z mojego aktualnego urzędu przyjmie wniosek i odda do druku.

Poste?

Proste!

Ale nie w urzędzie.

Okazuje się, że pani z miasta z kreską nie ma czasu dostawić teraz kreski w moim dokumencie po tamtej stronie komputera. Nie może zaktualizować bazy danych, która rządzi teraz moim życiem i poczuciem, że jestem jak bezpański pies. Nie może, bo jest środa. A środa to już taki malutki piąteczek. To już tak blisko weekendu, że pani już nie otwiera plików, bo może do piątku nie zdąży ich zamknąć? Każe zadzwonić po weekendzie, po wyborach, a to może bliżej następnego czwartku, bo na początku tygodnia będą zajęci. Dyskusją o  wyborach. To nie da rady dostawić kreski i kliknąć „zapisz”. Nie no, to zrozumiałe. W życiu muszą być  przecież jakieś priorytety. Nie tam jakieś kreski.

Pani z mojego urzędu obiecuje mi, że zajmie się sprawą. Będzie monitorować moją kreskę i jak tylko się pojawi puści w świat moje nowe dokumenty. Widząc moją zawiedziona minę mówi, że w razie coś mogę przecież użyć na przykład prawo jazdy w celu identyfikacji.

Wyjmuję je z portfela.

Patrzę, sprawdzam i nie wierzę.

Muszę się napić, bo na trzeźwo tego nie ogarnę.

Tam też moja miejscowość z kreską napisana jest bez kreski!

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Sprawa kreski

  1. Jako urzędnik pełną gębą, prawie się posikałam ze śmiechu ;). Wiem, wiem, Twoim kosztem, a co tam. W końcu jestem urzędasem, mi wolno 😉 😉 😉 😉 Ale tak na poważnie, z doświadczenia powiem jedno, to nie urząd jest zły, to nie program super hiper zajebisty komputerowy jest zły… to tylko ludzie. Takie rzeczy jak dopisanie kreski, to robi się z buta. I nawet jak potrzebne są jakieś procedury, cuda niewidy, to pewne rzeczy się po prostu robi i już. Może ja jestem jakaś inna i nie pasująca do społeczności urzędniczej, ale nie rozumiem zachowania „przeciw obywatelom”. Mnie też te urzędasy doprowadzają do szału, wierz mi ;). Osobiście proponuję zadzwonić do Pani z miasta z kreską(?) i pogadać jak baba z babą, bo urzędas z urzędasem się nigdy nie dogadają 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s