Bliskie spotkania z władzą

nature-984501_1920

Jest godzina 17, na dworze ciemno jak w kopalni węgla, rozpalam w kominku, żeby wytępić wilgoć jesieni. Dzieciaki krzątają się po salonie, czekamy na tatę, który ma wrócić po czterech dniach z delegacji.

Nic nadzwyczajnego, życie. Trochę ospałe, zwyczajne.

Dzwoni domofon. Mmmm.

Kurier? Nic nie zamawiałam.

Dziadek? Nie dziś.

Pan spisujący stan z liczników wody? Za późno…

Wyglądam nieśmiało przez drzwi. Wychylam tylko mój za długi nos i pół oka. To wystarcza żeby przy furtce zobaczyć radiowóz policyjny.

Otwieram domofon, lekki dreszcz przechodzi mi po plecach.

– Czy to Pani „moje imię i nazwisko”? – pyta jeden z policjantów

– Tak, to ja. Coś przeskrobałam? – wysilam się na dowcipkowanie, bo spodziewam się co najwyżej mandatu za złe parkowanie.

– To się zaraz okaże. Czy ma Pani czerwony samochód o numerach… (tu padają numery mojego samochodu) – pytają

– Taaaaak – nieśmiało przyznaję się – A o co chodzi? – pytam, ale jakoś mniej mi do śmiechu.

– Ktoś podał Pani numery jako potencjalnego sprawcę kolizji, który zbiegł z miejsca wypadku – mówi spokojnie policjant

– Coooooooooooooooooooooooo? – pytam prawie krzycząc. Moje nogi robią się jak z waty. Wracam na sekundę do domu, żeby uspokoić dzieci, które sterczą pod drzwiami. Każę im włączyć bajkę i na mnie czekać. Nie przyznaję im się, że to Policja. Dla dzieci policjanci to kajdanki, kominiarki, złodzieje, pistotety. Nie chcę ich straszyć. Wracam na dwór. Zaczynam się trząść. Albo z zimna, albo z nerwów.

– Ja w życiu nie miałam wypadku! – mówię do policjantów – a już na pewno nie dziś!

Przecież nie muszę im opowiadać, że kilka lat temu wpadłam w poślizg obróciłam się o 180 stopni i jadąc tyłem, przecięłam dwa pasy i wpadłam z pełnym impetem w rów zatrzymując się tuż przed rzeczką.

– My chcemy tylko numer telefonu do Pani, gdyż tą sprawą zajmuje się Pan dzielnicowy i to on będzie się z panią kontaktował.

Jestem w szoku. Podaję im numer telefonu i nie pytając szczegółowo o nic, bo z zakręcenia nie wiem o co mam pytać, mówię „do widzenia” i tyle. Strasznie dziwna była ta wizyta. Wracam, patrzę na dzieci. Nie mogę sie skupić, nie mogę zadzwonić do męża, bo siedzi w samolocie. Piszę do Brata.

– Nie musisz nikomu otwierać i z nikim gadać. Nie chcę straszyć, ale czy to nie byli przebierańcy? – pyta mnie – To jakoś bardzo dziwnie brzmi, przyszli, wzięli telefon, zapytali o samochód i poszli? Ej, no!

– A ja wiem? – cholera, może i byli przebrani. Zapytali o samochód, wzięli mój telefon, a ja głupia wszystko jak na tacy in dałam, bo mundur policjanta robi mi z mózgu wodę.

Minęło nie więcej niż pięć minut. Dzwonek domofonu.

Jezus Maria. Wystawiam nos i już widzę, że to znowu ONI!!! Kurdę boję się teraz otworzyć. Trzepną mi w łeb, zabiorą samochód – to powiedzmy pół biedy, ale ja mam w domu dwójkę dzieci. Heloł!!!

Co ja mam do cholery zrobić?

Raz babie śmierć. Otwieram. Idą w kierunku domu. Przyglądam im się uważnie. Jakieś identyfikatory, osprzęt policjanta, strój nie wygląda jak z wyprzedaży z Tesco. Przed bramą radiowóz, wygląda jakby nie miał koguta na dachu przyklejonego na plastelinę. Niby profeska.

– Panowie o co chodzi? To Halloween? – najpierw mówię, potem myślę, następnie żałuję. Cała ja.

Patrzą na mnie jak na kosmos. Ten żart to był zdecydowanie suchar tygodnia.

Dostaję informację, że Pan Dzielnicowy nie może aktualnie zająć się moją sprawą. Jest zajęty. Panowie policjanci ponownie przyjechali, tym razem, aby przyjrzeć się mojemu samochodowi.

Jezu, a jeśli naprawdę zaraz dostanę w łeb i mi go ukradną? No ale przecież chyba teraz nie mogę nagle uciec do domu, zatrzasnąć drzwi i… i co? Wezwać Policję?

Komedia!

Dobra. Niech stracę. Otwieram garaż. Prawa, lewa. Lewa, prawa. Macają, świecą latarkami, dotykają. Szukają wgniecenia.

Oby wraz z samochodem nie wynieśli moich pełnych, świeżych, słoików z przetworami na zimę, które dostałam od babci. Nie wiem co by było gorsze!

– Ja o nikogo się nie obtarłam. Ktoś mnie wrabia. To jest po prostu śmieszne – mówię pod nosem.

Policjanci oglądają samochód i na moje nieszczęście znajdują jedno obtarcie, które popełniłam w wakacje zamykając sama na sobie bramę wjazdową na własne podwórko. Tak wiem, to się może zdarzyć tylko blondynce z kawałów oraz mi.

Zaczynam się tłumaczyć.

Oni patrzą na mnie. Patrzą na siebie. Wyginają usta. Przewracają oczami i już wiem, że jestem winna. Znaleźli swojego kota w worku. Dzielnicowy będzie dumny.

– No Panowie kurczę! Ja w nikogo nie walnęłam, litości – ponosi mnie nerwoza.

– Miejsce obtarcia zgadza się z miejscem obtarcia na drugim samochodzie, na tamtym samochodzie był czerwony lakier i widziana była Pani na monitoringu w okolicy tej ulicy – mówią do mnie jakby już zapadł wyrok. Czuję się jak w „Misiu”.

– Poza tym Pani jedyna w naszym mieście ma samochód średniej wielkości w kolorze czerwonym – dodaje policjant

– Nie no bez jaj! Jechałam do sklepu! Ludzie! Jedyna mam taki samochód? A co to jest? Złote Ferrari z lakierem mat, wysadzane kryształkami? No w to nie uwierzę. Proszę wezwać rzeczoznawcę lub kogokolwiek, kto stwierdzi, że to nie ja! – mówię ostro wkurzona, ale i przestraszona.

Niech mnie ktoś obudzi. To się mogło zdarzyć tylko mi.

Dzieci wiszą na drzwiach, co 15 sekund muszę do nich zaglądać i mówić, że wszystko gra i jeszcze mnie nie aresztowano. Wciąż nie mają świadomości, że to Policja.

Panowie łącza się z Dzielnicowym przez krótkofalówkę.

On mi każe przyjechać jutro o 14.00 na posterunek. Ja nie mogę.

On każe w piątek. Ja nie mogę.

Każe teraz. Ja nie mogę.

Każe wziąć zwolnienie od pracodawcy i przyjechać tak czy siak. Ja nie mogę.

Jestem twarda. Nie mogę i już. No serio nie mogę!!! Cały dzień mam spędzić w pracy.

Siła wyższa.

Przez krótkofalówkę słyszę, że sam Dzielnicowy się do mnie pofatyguje.

Dziś. Teraz. Zaraz.

Bożesz Ty mój. Jestem gwiazdą dzisiejszego wieczora. Nie może być inaczej. Panowie wychodzą, czekam na trzecią już wizytę Policji w mych skromnych progach. Jeśli jestem obserwowana przez sąsiadów, a na pewno jestem, musi to wyglądać dość wesoło. Patologia pełną gębą.

Mąż w powietrzu. Łączę się z Bratem. Niech mnie uspokoi jakiś męski rozsądek.

– Daj spokój śmiechu to warte. Przyjedzie i przecież zobaczy, że obtarcie stare, pasuje do twojej bramy, pokryte brudem na samochodzie, nie świeże – mówi Brat

– Kurwasz mać, umyłam dziś samochód! – mówię i sama nie wierzę w swojego farta. Rok nie byłam na myjni, jeździłam oblepiona kurzem. Czy ja musiałam robić to dziś? To się nie może dziać naprawdę.

– Co? Dziś myłaś? – pyta z niedowierzaniem w mojego farta Brat.

– No byłam już cała poszarzała i oblepiona ptasimi kupami. No musiałam… – tłumaczę się, choć jeszcze nie wierzę w moje wyczucie chwili.

Kolejny dzwonek do domofonu. Instruuję dzieci. Spokój, cisza, nie bijemy się i nie wkładamy palców do oczu. Nie palimy miśków w kominku.

Zrozumieli?

Zrozumieli.

Chyba.

Wychodzę.

Wita się ze mną kolejny Policjant. Miły, sympatyczny. Dzielnicowy.

Zaczynam się tłumaczyć. Ogląda samochód. On opowiada okoliczności zajścia kolizji. Przeprasza za szereg poprzednich wizyt. To postępowanie rutynowe, sprawdzają wszystkie czerwone samochody. Uspokaja mnie. Wybiela. Jestem niewinna. Jeszcze tylko spisze moje trzy imiona, dwa nazwiska, imię ojca, wielkość stopy, datę ostatniej miesiączki i już jestem wolna.

Sprawiedliwość jednak istnieje. Kocham go!

Wchodzę do domu. Szczęśliwa. Niewinna.

– Mamo kto to był? – pyta córka

– Taki Pan, musiał coś sprawdzić w moim samochodzie, coś szukał – wyjaśniam pokrętnie z uśmiechem radości na ustach. Jakby pijana ze szczęścia.

– Aaaa, pewnie szukał kupę ptaka, bo miałaś ją na szybie ostatnio. Pewnie to o to mu chodziło – mówi bardzo poważnie moja córka.

Padłam na dywan ze śmiechu i już tak zostałam.

Puenta idealna.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Bliskie spotkania z władzą

  1. Normalnie strach Cię samą w domu zostawiać 😉 😉 😉
    Ale muszę przyznać, że widok policjanta też mnie paraliżuje… To jakieś spaczenie z lat dawnych chyba. Zamiast wzbudzać zaufanie i bezpieczeństwo, to człowiek się trzęsie ze strachu i zastanawia co też znowu przeskrobał 😉

    Polubienie

  2. bewa

    Niby rzeczywistość,a czytam jakby scenariusz filmu kryminalnego..Mateusz ma rację,dzisiaj czasy delikatnie ujmując dziwne i należy szukać potwierdzenia pod nr 997, bo mogą być tzw.”farbowani” policjanci.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s