Jesień

rain-455124_1920

Leje jak z cebra.

Idę, a raczej lecę na zakupy. W pogoni dnia codziennego, w pędzie przed upływającym czasem. Za 45 minut mam być w przedszkolu,a przede mną  kilka sklepów do odwiedzenia.

Nie, nie… Nie żadne ciuchlandy i butolandy. Nie żadne kurtki, płaszczyki czy inne bransoletki.

Zwykła szarzyzna dnia codziennego. Spożywczak. Apteka. Jakaś chemia do szorowania okien.

Na dworze leje tak, że wydaje mi się, że przez szybę samochodu nie widać żadnego człowieka na ulicy. Albo go tam nie ma albo go nie widzę, bo chmury wiszą mi dosłownie nad głową przybijając do podłoża.

Deszcz zacina niemiłosiernie, wycieraczki w samochodzie włączone na maxa nic nie pomagają.

Szarzyzna, burzyzna.

Jedyne co by mnie teraz ucieszyło, to gorąca herbata z miodem i sokiem z malin. Nie mam jej. Pomarzyć można.

Na parkingu wszystkie miejsca przy wejściu do budynku galerii zajęte. Staję gdzieś dalej, przedzieram się przez deszcze, słoty, wpierdzielam się w trzy kałuże i na oślep trafiam w drzwi. Moje włosy na wietrze niczym wiatrak fruwają wokoło głowy, wpadają mi do oczu, ust. Matko! Dlaczego ja ich dziś nie związałam?

Aha. Już sobie przypomniałam! Chyba dlatego, że rano piętnaście minut je modelowałam żeby wyglądać odstrzałowo, świeżo i ładnie. Pieczołowicie naciągałam kolejne pasma na szczotkę, naiwnie licząc na to, że przetrwają kolejne dwa dni.

Zapomnij.

Wyglądam jak zmokła kura z pierzem wytaplanym w wodzie. Ulizana i lekko spuszona, poskręcana. Podziękuj genom – to twoje włosy. Co jak co, ale tym  mnie natura szczodrze nie obdarzyła.

Jesień… Grrr… Wilgoć, deszcz, wilgoć i odrobina deszczu. Gdzie te złote liście, pachnąca kora drzew, słońce ogrzewające powietrze? Gdzie?

W wierszach poetów…

Ufff. Wchodzę do galerii. Uderza mnie w twarz 28 stopni. Może mniej, ale wchodząc z dworu wydaje mi się, że jestem w saunie. Szybko się przyzwyczajam, obskakuję spierwszy sklep, drugi.

Jestem obładowana jak koń. Zjeżdżam ruchomymi schodami. Nic nie widzę, bo horyzont zasłania mi paka dwudziestu rolek papieru toaletowego zapakowanego w mini-walizkę. Czy Wy tez robicie takie zapasy?

Kurczę no ja muszę. Mój syn używa 1/3 rolki podczas jednego siku. Taki ma styl. Już z tym nie walczę, znalazłam sobie większe zmartwienia niż to…

Potykam się o próg na końcu schodów i z impetem wypadam na przód, łapię równowagę i jednocześnie czerwienieję cała na twarzy. Wyobrażam sobie jakbym wyglądała, gdybym wywinęła orła z cebulą, sokiem marchwiowym i papierem toaletowym. Ślizgiem na przód. Ta dam!

Coś nad mną jednak czuwa, udało się nie wyjść na kosmitkę.

Objuczona do granic muszę jeszcze wejść do apteki.

– Dzień dobry, poproszę sól fizjologiczną do inhalacji

– Proszę bardzo, 9 zł.

Powiedzieć łatwo, ale teraz wyjmij człowieku portfel z torebki, skoro na nadgarstkach wiszą ci torby jak na choince odcinając dopływ krwi do palców u rąk…

Walczę. Nie daję rady. Zrzucam wszystko sobie pod nogi. Połowa się wysypuje.

Płacę, zbieram, wychodzę. Pani mnie mierzy wzrokiem. Staram się znaleźć w jej oczach zrozumienie, ale jest go tyle co w antybiotyku witamin.

Toczę się do samochodu. Deszcz myje mi twarz, plącze włosy. Zaczynam nimi pluć.

Przeklinam pod nosem jesień, mokradła jak z horroru.

Otwieram bagażnik, wrzucam wszystko jak leci, nie obchodzi mnie czy się powysypuje czy pomiesza, później będę się tym martwić. Teraz marzę, żeby usiąść w fotelu za kierownicą i wytrzeć mokre czoło. Nie cierpię jesiennej wilgoci.

Jadę po dzieci do przedszkola.

Parkuję na piaszczystym parkingu przed budynkiem. Wpierdzielam się w kałużę głębokości Śniardwy moimi zamszowymi butami. Nawet mnie to nie rusza. Idę pod wiatr do furtki przedszkola, czuję  że rozmoczony tusz do rzęs odbił mi się na powiekach. Szlag z nim.

Odbieram dzieci. Zadowolone, uśmiechnięte.

Cieszę się z nimi, choć nie wiem z czego.

Wypadają na dwór. Skaczą. Śmieją się. Skaczą przez kałuże.

Nasuwają na głowy kaptury i liczą krople spadające im na dłonie.

Raz, dwa, trzy, cztery…

Chcę ich popędzić, bo jestem mokra, a moje włosy nadają się do ponownego modelowania, ale pozwalam im na tę jesienną radość.

Tę radość, którą ja zatraciłam w pędzie codzienności i teraz uczę się jej z nimi na nowo…

 

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Jesień

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s