5 lat

crib-582136_1920

 

Dokładnie 5 lat temu pojawiłam się w izbie przyjęć szpitala położniczego. Wezwano mnie na wizytę do sali zabiegowej, aby sprawdzić czy oby ja na pewno rodzę i czy aby to, co nazwałam odejściem wód płodowych nie było wylaniem herbaty na sukienkę podczas spożywania podwieczorku o 17tej.

Nie było.

Rodzę.

Wyszłam z sali tępo patrząc na kobiety czekające na KTG i inne badania. Widziałam w ich oczach przerażenie. Nie dziwię im się. Też bym się bała, gdybym nie była pijana z bólu. Pamiętam, że było mi pioruńsko gorąco. Miałam na sobie sukienkę i  kozaki. Rajstop położna nie kazała mi już zakładać.

Miała rację. Nie przydałyby się.

Po wypełnieniu formalności trafiłam na salę porodową i nie wiem jaką siłą, na pewno nadludzką i nie moją, ale urodziłam dziecko. Do tej pory uważam to za nadwyczyn i zdania nie zmienię nawet jak będą mnie przypalać papierosem i straszyć rozciąganiem kości.

W kulminacyjnym momencie położna głośno powiedziała: Północ!  I dalej toczyły się sprawy okołoporodowe. Było po wszystkim.

Zostałam oficjalnie mamą.

Wraz ze wspomnianą północą zalała mnie jakaś gigantyczna fala hormonów, miłości i euforii. To było nie do opisania.

Dopiero po jakimś czasie człowiek rozumie, że ta dawka cierpliwości, empatii, wrażliwości, czułości, którą otrzymuje wraz z narodzinami dziecka, jest potrzebna, aby przetrwać wszystkie kłopoty związane z karmieniem, bostonkami, rotawirusami, zapaleniami, niejedzeniami, zatwardzeniami, wymiotami, wysypkami i nie kończącymi się płaczami.

Zostałam sprawnie ogarnięta przez służby medyczne i cała w euforii dowiedziałam się, że godzina „Północ” nie istnieje.

Uwierzyłam.

Musiałam wybrać, która godzina, a zatem jednocześnie dzień, będą wpisane jako moment narodzin. Spontanicznie, bez kuli i czarnego kota, bez konsultacji z numerologiem, padło na 23.59 zamiast 00.01 i tym samym przypieczętowany został 4 marca jako oficjalny dzień narodzin córki.

Na to wszystko przyniesiono mi jeszcze naleśniki z serem i byłam szczerze w szoku, że można jeść o 2 w nocy. Przecież to niezdrowe. Dopiero później załapałam, że ma to uzupełnić stracone przeze mnie kalorie. Nie było mi to potrzebne, bo czułam się jakbym połknęła petardę, rozsadzała mnie energia i czułam się co najmniej jak po zażyciu dopalacza. Przynajmniej tak sobie stan po zażyciu wyobrażam.

Przeniesiona na salę poporodową nie usnęłam już do rana. Patrzałam w zawiniątko w przezroczystej wanience, śpiące tuż koło mnie i nie mogłam uwierzyć, że to jest moje dziecko. Moje dziecko. To jest moje dziecko. To jest właśnie moje dziecko.

Wstawałam, głaskałam, całowałam, sprawdzałam czy oddycha.

I tak jadąc na adrenalinie nie przespałam dwóch dób z rzędu w szpitalu, myśląc że tak już będzie zawsze. Że jestem nadmatką. Że te wszystkie teksty o zmęczeniu to mrzonki.

Okazało się, że nie.

A szkoda.

 

Dziś wbiliśmy świeczkę w pizzę i śpiewaliśmy Sto Lat dla mojej pięciolatki.

Uśmiechniętej, odważnej, radosnej.

Kochającej inne dzieci, zabawę, przedszkole. Empatycznej, dobrej, kochanej.

Mojej wciąż bardzo drobnej, a jednak już nie tak malutkiej dziewczynki…

❤ ❤ ❤

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s