Bo jak nie my to kto!

cold-1972619_1920

Rano dzieci idą uśmiechnięte do przedszkola, ty się szykujesz do pracy, rzęsa zawinięta, kluczyki w kieszeń, brama domknięta i opuszczasz dom myśląc, że po południu jak zawsze zawitasz tu zwożąc dzieci i zakupy. W popłochu, z uwieszonymi dwiema małpkami na nogach będziesz smażyć na szybko placki albo gotować makaron.

Rutyna, mimo że czasem szalenie pędząca, ma w sobie siłę spokoju. I daje mi poczucie poukładania i kontroli nad swoim światem. Nawet jeśli jednocześnie wiem, że doba jest za krótka na zrobienie wszystkiego, co powinnam.

Mija kilka godzin, na wyświetlaczu komórki pojawia się napis „Przedszkole”. Czuję ucisk w brzuchu i złe przeczucia napływają jak wodospad na moją głowę. Uderza mi do głowy gorąco i jakby już wiem co usłyszę po odebraniu słuchawki. Słyszę tylko gorączka, ból głowy, czy może pani przyjechać… Bez zbędnych komentarzy kończę rozmowę, wrzucam laptop do torby i pędzę. Pokonuję drogę wyjątkowo szybko, skupiona tylko na jednym. W głowie układam plan działania, dzwonię do lekarza, umawiam wizytę. Znowu chciałabym kontrolować wszystko, choć wiadomo, że choroba rządzi się swoimi prawami.

Wpadam do przedszkola jak petarda starając się uspokoić oddech, łapię za klamkę, udaję że wcale nie jestem taka przestraszona, że przecież choroba to normalna sprawa. Przecież nie panikuję i przeszłam już nie jedną i nie dwie gorączki swoich dzieci. Pospiesznie, z przyklejonym uśmiechem, szukam swojego dziecka wśród krasnali na dywanie. Podchodzi do mnie Pani i mówi, że mój krasnal usnął. Widzę go! Śpi na niebieskim leżaczku, zwinięty w kuleczkę jak kotek. Przykryty ciut za małym już kocykiem, który wybrał sobie sam. Z jednej strony mięciutki niebieski, z drugiej w czerwone kotwice. Taki miał być, niby piracki czy tez marynarski. Rozczula mnie ten widok do głebi, bo mimo, że on już jest taki duży, długi i dobrze zbudowany (w porównaniu do swojej siostry, która ma ksywkę szczypior), to teraz jest moim maluszkiem, którego nie tak dawno kołysałam na rękach. Jest teraz taki bezbronny. I taki malutki. Mój.

Pani wychowawczyni w kilku zdaniach zdaje mi relację z jego objawów, budzimy krasnala, zgarniamy z sali obok dość zdezorientowaną siostrę, która nie spodziewała się mnie w połowie dnia i wychodzimy.

Wychodzimy nieświadomi, że właśnie zawładnęła nami grypa, bardzo silna, która strawi później naszą trójkę, nie oszczędzi dziadka, zlituje się nad tatą i babcią, którzy będą nas holować do brzegu przez kolejny tydzień, a może i więcej. Strawi nas do tego stopnia, że będziemy wizytować lekarza kilka razy, a on będzie nas utwierdzał w tym, że będzie dobrze, że musimy to przejść, że to taki wirus i na pewno damy radę.

Brak kontroli nad podstawowymi wydarzeniami w życiu rozbija kompletnie całe dnie i noce. Burzy rutynę, która daje nam spokój wewnętrzny. Nocne czuwanie zjada nasze siły i energię. Patrzenie na ból dziecka powoduje wściekłość na cały świat i chęć walenia głową w ścianę. Nie ma nic gorszego dla mamy.

I dziś jedyne co mi pozostaje to cieszyć się, że to tylko grypa czy inne ucho (które później jeszcze zaatakowało z niespodziewaną siłą, zaskakując nas po raz kolejny). Bo z tym sobie przecież poradzimy.

Kto, jak nie my!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s