Wspólne wyjazdy

fish-1026089_1920

Wyjazdy z dziećmi.

Temat na czasie, bo przecież wszyscy wszystko teraz robimy z dziećmi. Są częścią naszego życia bardziej niż lata temu. Wiedzą więcej, tłumaczymy im częściej, rzadziej zbywamy i robimy z nimi wszystko. Targamy je do marketu, chodzimy z niemowlakami na siłownię i do kina na „poranki mam”, gdzie przystosowana sala pozwala na postawienie wózka. Chodzimy  z nimi do restauracji, kawiarni, kosmetyczki . Targamy dwa wózki mebli z Ikei z fotelikiem samochodowym z dzieckiem wsadzonym do trzeciego wózka. Upoceni, zmęczeni, ale razem. Tak jest fajnie, tak jest nowocześnie. W gazetach piszą, że można, więc próbujemy. Rzeczywiście się udaje. Wyjeżdżamy cześciej z coraz młodszymi bąblami.

Wiem, że są zwolennicy zabierania dziecka ze sobą w rozmaite zakątki świata, są i przeciwnicy. Ja nie mam określonego zdania ani na tak, ani na nie, gdyż uważam, że wszysto zależy od dziecka. Nie od rodzica, ale właśnie od dziecka. Jak znosi podróż, jak znosi zmianę miejsca przebywania, jak łatwo rozstaje się ze swoim łóżkiem, swoją rutyną, która daje jego światu poukładanie i bezpieczeństwo.

Na wakacjach czy feriach, nawet tych naszych polskich, bliższych niż Bali czy Tajlandia jest podobnie.

Ileż pytań, próśb i poleceń  można zadać, wydać dziecku będąc poza domem… W bawialni hotelowej niekończące się spory o kredki, klocki i samochody. Kurczę, czuję się jak przedszkolanka. Patrzę na te wszystkie pary targające płaczące lub śpiące niemowlaki oraz te prowadzające dzieci z pampersami po kolana po hotelu.

Ubierz, rozbierz, zawiń, przewiń, podnieś, pomóż, wytrzyj.

Odbij, napoj, nakarm, przynieś.

Miliony czynności dziennie wykonywanych przy takich maluchach, na wyjeździe wszystko jest ciut trudniejsze, gdyż cały dom musiał zmieścić się do bagażnika.

Cieszy mnie, że ten okres moje dzieci mają za sobą. Już tak dużo robią przy sobie, a mimo to mam pełne ręce roboty. Jak to ogarniałam kiedyś?

I tak targamy te wszystkie pontony, kaski, narty, koła ratunkowe na basen, klapki, napoje, pampersy, plecaki i przytulanki. Patrzymy się rodzic na rodzica ze zrozumieniem w oczach i uśmiechem. Objuczeni jak osły, trzecią ręką robimy zdjęcia chcąc zachować te chwile, bo przeciez każda z nich jest dla nich i dla nas tą pierwszą. Zgadzamy się wbrew sobie na niezdrowe przekąski, aby tylko umilić im czas. Niech poczują, że mają luz, że mają wolne, że mama też czasem pozwala na więcej.

– Nie możesz jeśc samej Nutelli. Dobra są ferie, jedz.

– Znowu parówka na śniadanie. A nic ci nie będzie.

– Napij sie choć trochę. Ok, napijesz się później.

– Zjedz jeszcze kawałeczek. Dobra, z głodu nie umrzesz.

– Nie jedz palcami. Już za późno…

Ja w śmiechu mówię, że po takim wyjeździe powinnam odwiedzić Ciechocinek na tydzień, aby wyciszyć mózg 😉 I mimo wszystko kolejny raz znowu chcę jechać.

Dla ich uśmiechu, dla ich wspomnień, dla ich nowych doświadczeń, dla poszerzania ich horyzontów, dla poznawania nowych miejsc, miast, miasteczek i wiosek. Dla nowych ludzi i nowych smaków. Dla opowieści, które snują po powrocie opowiadając jak było wspaniale.

Czy nasze dzieci będą za iks lat pamiętać te wyjazdy? Czy zdołają kiedyś je wspomnieć? Czy nasze starania o fajny wspólny czas mają sens?

Liczę szczerze, że tak! 🙂

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wspólne wyjazdy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s