Pierwszy wspólny wyjazd bez starych

girl-3384841_1920

Już rok temu, tuż po wakacjach, zapytaliśmy dzieci czy chcą w przyszłym roku jechać na obóz. Sami.

Córka podskoczyła z radości, syn ciut niepewnie. Miał wtedy 7 lat i chyba się trochę bał. Nic dziwnego, bo ja więcej o 30 i też byłam w  strachu. Ogólnie ich decyzja była na tak i tego się trzymaliśmy.

Odpychałam jednak tę myśl wspólnego ich samotnego wyjazdu, wszak to jeszcze kalendarzowy rok przed nami, co ja będę się stresować. Serce bało się tego momentu strasznie, rozum podpowiadał „weź ich puść, nie bądź głupia”. I tak wmawiałam sobie, że te 12 miesięcy to będzie czas, kiedy ja i oni, a zdecydowanie bardziej ja, będą mogli się bardziej z tym oswoić, a może w świat uderzy jakiś meteoryt i nic z tego nie wyjdzie. Więc na razie mam luz!

I tak dobrnęliśmy do lutego tego roku, wizja obozu i oderwania dzieci od spódnicy się nieuchronnie przybliżała. Na to wszystko przyszedł COVID-19, zamknął nas w domu, oddalił wizję jakichkolwiek wyjazdów i wylotów. Wcześniej obawiałam się meteorytu, a tu przybyła pandemia. Trochę jak samospełniająca się przepowiednia, jednak żeby nie było, nie biorę winy na siebie! Skupiona na akcji „przeżyj szkołę i pracę zdalną pod jednym dachem ze wszystkimi” o obozie zapomniałam, bo przecież pewnie „to nie przejdzie w tym roku”. Więc znowu mam luz!

I tak nadszedł czerwiec, poluzowano nam szelki lub smycze  – co kto woli –  i padła decyzja. Jedziemy! Dzieci wyposzczone kontaktu z grupą ochoczo stwierdziły, że bardzo, ale to bardzo czekają na ten wyjazd i jupppi –  chcą jechać!

Na szczęście miałam odhodowane paznokcie, więc miałam co gryźć. Serce toczyło wewnętrzne walki z rozumem. Oczywistym dla mnie było, że ich puszczę, ale tęsknota mnie zjadała od środka, mimo że miałam ich wciąż koło siebie. To, co mówiłam, aby pozytywnie ich nastawić przed samodzielnym wyjazdem, było kompletnie niezgodne z tym, co toczyło się wewnątrz mnie, gdyż byłam tak niepewna, jak cena paliwa w kolejnych miesiącach, że też o dostępie do drożdży nawet nie wspomnę.

Kiedy nadszedł dzień wyjazdu poranek był pochmurny. Mówię o pogodzie, gdyż ekscytacja w domu sięgała zenitu. Ja wiedziałam jednak, że oprócz pieczołowicie pakowanych dzień wcześniej toreb, muszę wziąć ze sobą jedno – moje okulary przeciwsłoneczne. Zdziwieni? Sądzę, że nie 🙂

I tak, z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha, w okularach zasłaniających łzy, machałam im, jakbym co najmniej wysyłała ich na Sybir.

Odjechali, a  ja zostałam na parkingowym piachu jakby mi ktoś odciął rękę – a w moim przypadku nawet dwie.

Pomyślicie – głupia! Na pewno macie rację, ale z emocjami ciężko wygrać, nawet gdy wewnętrznie się wie, że zachowanie jest irracjonalne, a decyzja słuszna.

Co mogę powiedzieć dziś?

Po pierwsze, że niczego nie żałuję. Absolutnie nie żałuję tych pierwszych chwil dorosłości, które mogłam im dać. Nie żałuję pierwszych momentów poza domem, które pokazują mi, że mam mądre dzieci. Nie żałuję, że dzięki temu mogli zdobyć większą pewność siebie. Bo wiem, że właśnie ją ze sobą przywieźli!

Tak naprawdę nie żałuję też moich łez. Nie żałuję też wieczorów spędzonych bez dzieci. Bo w końcu starym też się należy chwila w samotności, prawda?

Przyznam też, że po ich powrocie, pranie śmierdzących skarpet i zawilgotniałych ciuchów nigdy nie sprawiło mi tyle radości. Matka wariatka? Chyba trochę tak! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s