Weź babo, ćwicz!

yoga-3677898_1920

Wiem, że sport to zdrowie i pcham swoje dzieci zawsze do aktywności. Wiem, że trzeba się ruszać i że to wszystko tylko i wyłącznie dla zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Choć głowa mówi, weź się rusz, teoria opanowana do perfekcji, regułki wykute na blachę, to ciężko strasznie ruszyć tyłek na matę…

Już miałam tyle podejść, tyle prób. Powiedzmy sobie to prosto w oczy. Jestem kompletnym zerem sportowym. Żadne endorfiny, sriny i nic z tych rzeczy się we mnie nie uwalnia kiedy ćwiczę. Ja walczę o życie! Co ja robię źle?

Nie to, że ja nie próbowałam. Ba! Bo raz?

Próbowałam pływania.
Ale co ja zrobię, że mi na basenie zimno, że zanurzenie do wody trwa na tyle długo, że ratownik wyprasza z basenu i ogłasza zamknięcie obiektu.
Co ja zrobię, że jeśli już pływam to niczym nimfa z głową ponad taflą, bo inaczej mi się do uszu i oczu naleje? A jeśli już uda mi się zamoczyć w tym Oceanie Arktycznym, to rzecz jasna nie zanurzam głowy, umówmy się, moja „żabka” jest iście królewska, korony nie moczę 🙂

Próbowałam biegania.
Nawet buty kupiłam! Bo zganiałam, że pewnie mi nie idzie bo mam stare, niewygodne trepy na nogach. O Mateńko Przenajświętsza, Wieżo z Kości Słoniowej! Jaka to była katorga. Jeszcze nie dobiegłam do pierwszego skrzyżowania, a już walczyłam z kolką. Mroczki w głowie, niewydolność oddechowa i jeszcze moment a będę zeskrobywana z chodnika. Bieganie skreślone.

Próbowałam rolek.
Sztywna jak z kijem w dupie odbijałam się od prawej do lewej, no dobra przemieszczałam się. Ale tak ma wyglądać sport? Koło mnie moje dzieci w pozycji sportowca, przekładając rolka za rolką i ja. Szczotka do zamiatania.
Tej pani podziękujemy.

Próbowałam łyżew.
No skoro już na rolkach się odpycham to nic trudnego, poradzę sobie jakoś. Tak. Tak myślałam. Do czasu kiedy mój rozpędzony syn z radości na mój widok z rozpędu huknął we mnie podcinając mnie niczym młodą, wiotką brzozę.
Moje dupsko, już nie tak młode jak ta brzoza, walnęło o lód i czułam to lądowanie jeszcze przez jakieś trzy tygodnie. To chyba nie dla mnie.

Próbowałam jogi.
Dawno. No dawno bardzo. Nawet to fajne było, rozciąganie, te wszystkie psy z głową w dół i inne drzewa. No fajne to, ale nie za nudne? Chyba jestem niepoważna co?
Uspokajające do tego stopnia, że usnęłam na macie w momencie relaksacji po ćwiczeniach. Wstyd jak bomba! Czy ja chrapałam?

Próbowałam aerobików.
I na siłowni i w domu. I z żywą i z wirtualna trenerką.
Myślałam że serce wypluję, płuca stracę. Po dziesięciu minutach ćwiczeń modliłam się o zdolność przemieszczania się w czasie, przynajmniej o pięćdziesiąt minut do przodu i zakończenie tej mordęgi. Była siłownia. Ba! Bo to raz?! Te wszystkie skakanki, wyginanki, maty z dziewczynami. Nie to że źle, no dobrze, do przeżycia. Co z tego, że po godzinie skakania zbierałam części swego ciała w kupę i liczyłam gwiazdy nad głową kręcące się niczym rollercoaster. Czy ja coś robię źle?

Wcale nie chcę teraz napisać, że rzucam to wszystko i jadę w Bieszczady. Ja wciąż w tyle głowy mam, że ja chcę! I mam w sobie dużo pozytywnej energii i wiem, że nie odpuszczę. Chodzi to mną w kółko, że dziś muszę zacząć po raz kolejny, że to jest ten dzień. Właśnie dziś, no może czasem jutro 🙂 Przecież muszę coś ze sobą robić chociażby po to, aby utrzymać w aktywności jeden mięsień, który użyję do otworzenia słoika z oliwkami! Must have!!!

I  żeby nie było. Nie składam broni, jest we mnie pozytywny duch sportowca, od jutra ćwiczę! A Wy? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s